Wyszukiwarka:
Warto przeczytać

W tanecznym kręgu prawdy

2012-03-15

News


W tanecznym kręgu Prawdy

(medytacja ekumeniczna)

[…] kto nie zbiera ze Mną, rozprasza (Łk 11, 23)

Dlatego przygarniajcie siebie nawzajem, bo i Chrystus przygarnął was – ku chwale Boga

(Rz 15, 7)

1. Człowiek sam sobie nie wystarcza. Nie wystarcza sam sobie, żeby osiągnąć ostateczne spełnienie, pełnię swego człowieczeństwa. Żeby dostąpić wiecznotrwałej szczęśliwości. Żeby wkroczyć w glorię zbawienia. Zaiste, nie wystarcza człowiek sam sobie. Zanadto jest kruchy, słaby. Zanadto uwięziony w skończoności, zasklepiony w jakimś narcystycznym egocentryzmie. Zanadto skostniały w pancerzu swojej pretensjonalnej subiektywności. Aby przeto rozkwitnąć, aby uwolnić w sobie doskonały humanizm, aby wreszcie zajaśnieć świętością, potrzebuje, sam będący relacją, relacji – do Boga, a także do drugiego człowieka.

Człowiek wyczuwa niejako intuicyjnie konieczność więzi. Wszak pewne wychylenie ku Transcendencji oraz inklinacje pro socjalne tkwią u samego korzenia jego bytu. Głęboko wpisane zostały one w jego naturę. Uczynienie zadość palącym potrzebom metafizycznym czy religijnym możliwe jest, jakkolwiek nierozdzielnie związane z niebezpieczeństwem apoteozującego się błędu, w obrębie własnej, nierzadko zamroczonej indywidualności, w orbicie własnej, wewnętrznej, duchowej świątyni. Ale już ponaglającego pragnienia przynależności do wspólnoty, do społeczności, pragnienia autentycznej przyjaźni nie da się ani trochę zaspokoić w pojedynkę, na drodze samolubnej samotności. I fakt ten rodzi problemy. Bo tutaj trzeba wyjść jakby poza swoje jestestwo, poza swój świat. Bo tutaj musi wydarzyć się spotkanie. Bo tutaj musi zawiązać się dialog. A sprawy to trudne i dość bolesne.

2. Człowiek nie spotka się z człowiekiem, jeśli wprzódy nie rozerwie skorupy, w której stłamszony, przygarbiony siedzi, jeśli się nie otworzy. A odryglowanie drzwi, za którymi bezpiecznie się schował wymaga od niego nie lada wysiłku – to naprawdę ciężkie, dojmująco mozolne zadanie. Bezlitośnie wymagające jest otwarcie się. Dzieje się tak w głównej mierze z tego chyba względu, że niesie ono z sobą duże ryzyko destrukcji. Oto staję prawdziwy, nagi, totalnie bezbronny, niczym zupełnie niezabezpieczony, narażony zatem na różnorakiego kalibru ciosy, wyniszczające napady. Oto ze swoją obnażoną intymnością, tak delikatną i tak na zranienia podatną, wystawiam się na łaskę albo niełaskę drugiego człowieka i w ten sposób daję dowód mojej względem niego miłości. Urs von Balthasar napisał: „kiedy miłość pozwala się zranić, dowodzi tego, co było do udowodnienia: że jest miłością”.

Warto jednak, mimo wszystko, trud taki podjąć. Warto odeprzeć wszystkie lękiem tchnące a lepkie bardzo zapędy, odruchy, gdyż wiele można zyskać. Albowiem w spotkaniu właśnie, to znaczy w niepospolitej, niebanalnej, niepowierzchniowej rozmowie, ten drugi przychodzi do mnie jako radykalnie inny: jako inaczej przeżywający siebie, inaczej rozumiejący rzeczywistość, inaczej w niej funkcjonujący, inaczej myślący, w końcu również jako inaczej wierzący. I jako taki, jeśli tylko staram się go zrozumieć, ubogaca mnie, rozsadza moje ciasne i sztywne horyzonty, pętającą moje patrzenie małostkową optykę, wzywa mnie do zrewidowania mojego dotychczasowego stanowiska. Jako taki brutalnie zdziera łuski przysłaniające mi oczy, leczy mnie z konserwowego zaślepienia, wyrywa z rozleniwiającego otępienia, z opieszałej i konformistycznej nieraz stagnacji i, koniec końców, roztacza przede mną fascynujące podwoje Prawdy: poznacie prawdę, a [ona] uczyni was wolnymi (J 8, 32). Jako radykalnie inny, bliźni zaprasza mnie do wspaniałej werystycznej przygody, do entuzjastycznych poszukiwań tu i ówdzie ukrytych śladów iluminującej ludzkość logofanii.

3. Inny zwiastuje mi Prawdę, nawiedza mnie jako jej herold, legat, anioł, posłaniec. Każdy inny ją mi obwieszcza. Ponieważ Prawda jest inkluzyjna, ponieważ Prawda w swym rdzeniu jest polifoniczna: istnieje obiektywnie, natomiast ograniczonym kategoriom ludzkim, specyfikującym się naprzód niczym innym, jak stronniczością, zawsze daje się ująć jedynie fragmentarycznie. Jest niczym doskonała symfonia: gdyby przysłuchiwać się tylko poszczególnym jej partiom, niekiedy bardzo urokliwym, granym przez kolejne instrumenty, nie koniecznie nas zachwyca, dopiero wysłuchanie całości objawia to oszałamiające, w ekstazę wprawiające piękno, absolutną harmonię. Jest niczym witraż złożony z wielu setek albo wielu tysięcy nawet kolorowych szkiełek, który jednak nie porazi nas swym wielobarwnym, duszę uwodzącym, pociągającym blaskiem dopóty, dopóki nie obejmie, nie otuli swym na wskroś wszystko przenikającym promieniem światło. Stąd właśnie najgłębsze swoje uzasadnienie bierze postulat szacunku czy – nazywając rzecz wprost – miłości bliźniego.

Postawa taka, przypominająca cokolwiek pszczołę, uwijającą się i zasysającą nektar i zbierającą kwiatowe pyłki, by potem przetworzyć je w niesamowity, rajem ociekający plaster miodu. Postawa pokornego zbieracza okruchów imponującej epifanii Słowa sprzężona jest nie tylko z jakąś permanentną ofiarą, jakąś nieustanną rezygnacją ze swoich przekonań, jakimś niedwuznacznym usiłowaniem zatarcia konturu, zamazania swoich granic, rozmycia swojej tożsamości na rzecz bliżej nieopisanego i nieznanego, relatywizującego, zaciemniającego, miałkiego synkretyzmu. Chodzi raczej o coś zgoła przeciwnego: żeby przy zachowaniu swego spetryfikowanego w wierze przekonania o własnym, możliwie najlepszym, możliwie najdoskonalszym, najwierniejszym uchwyceniu w nędznych i lichych kategoriach skończonych obiektywnej, nieskończonej Prawdy, oswoić (a „oswoić znaczy stworzyć więzy”; „jeżeli mnie oswoisz, będziemy się nawzajem potrzebować” – pisał A. Saint-Exupéry), uwzględnić to, co ma mi do oznajmienia mój brat inaczej wierzący, poszukujący Prawdy w ramach innej konfesji albo w obrębie innej nawet religii, które przecież również uszlachetniają, uwznioślają ducha ludzkości i jako takie pochodzić mogą od Odwiecznej Mądrości. Idzie o to, by szukać zaciekle, zdeterminowanie, nie nonszalancko, zdystansowanie, owych malutkich i subtelnych logikoi spermatikoi - "rozproszonych ziaren Słowa", gdzieniegdzie w tej przepastnej humanistycznej przestrzeni. Idzie o to, by je wyławiać, pielęgnować i z rozmysłem włączać, nie w jakiś indyferentny kolaż, gdzie każdy element tę samą ma wartość, ale do swojego ujęcia absolutnej Prawdy – i w taki sposób przybliżać się do niej bardziej jeszcze, więcej jeszcze. Idzie o to, aby z katolicyzmu przejść do katolickości (T. Halík). Nie obejdzie się jednak w tej osobliwej passze bez czasochłonnej, skrupulatnej, tytanicznej wręcz pracy. Ale jest się o co zmagać. Cel jest jeden – Deus semper maior.

4. Jeden jedyny cel ma ekumenia – Boga. Jeden jedyny: poznanie Boga prawdziwego, który jakiejkolwiek próbującej go do końca uchwycić, nastawionej na budowanie, konstruowanie pojęć i definicji teologii wymyka się i z tak ambitnej katafatyki, czyni tylko druzgoczącą w swych skutkach ideologię. Wielce tedy przezorna i otwarta musi być spekulacja teologiczna. Musi być ze wszech miar ekumeniczna. Tylko wtedy ustrzeże się przed aroganckim i feralnym zamknięciem Nieogarnionego w ramach systemu – zamknięciem, które zawsze prowadzi ku klęsce, ku rozpaczy, ku szaleństwu.

Bóg jest jak ocean (G.K. Chesterton), bezkresny, szeroki, głęboki, nieprzebrany. Można po nim, poddając się porywom jego prądów, jedynie dryfować, płynąć raz tu, raz znów gdzie indziej, i co rusz odsłaniać jakiejś jego nowe odcienie, cechy, przymioty, atrybuty, wpatrywać się w jego taflę, w jego oblicze z innego punktu widzenia; co rusz odkrywać jakieś nowe poruszenia, energie jego zbawczej ekonomii i w takiż sposób, ciesząc się tą nieustannie wszystko przekraczającą, absolutnie większą rzeczywistością, docierać do Źródła. Taka właśnie jest teologia poety. Ani trochę nie licuje z teologią uprawianą przez systematyka. To par excellence teologia ekumeniczna – opowiadająca o Bogu ekumenicznym, czyli o Bogu dla wszystkich, uznającym każdego i o każdego się troskającym (W. Hryniewicz); wyczekująca tego, co o Bogu powie drugi człowiek, wyczekująca jego świadectwa, niecierpliwiąca się na jego opowieść o doświadczeniu Wszechmocnego; zmierzająca ku pełni Prawdy, z którą ostatecznie spotkamy się w czasie eschatologicznym. Bowiem doskonałość istnieje w pełni tego, co ma dopiero nadejść (U. von Balthasar).

5. W konsekwencji zbieranie refleksów Słowa okazuje się zarazem zbieraniem ludzi. Wszyscy, którzy na początku jawili się nam jako inni, teraz stają się nam podobni – tak jak i my sami, błądząc w meandrach rozumu i wiary, szukają przecież pośród nijakiego gruntu, rozlicznych kolein ludzkiej egzystencji ścieżki wiodącej do tej samej, jedynej Prawdy. Wszyscy, którzy pierwotnie przedstawiali się nam jako inni, teraz przychodzą do nas jako nasi bracia i siostry. I odtąd już wspólnie, jako równi, jako partnerzy, borykamy się z przeciwnościami i zmierzamy w stronę Tego, który nas stworzył i który nas w istnieniu naszym nieustannie podtrzymuje, w stronę Tego, który jest rozrzutną (do tego stopnia, że wydającą się głupią!) Miłością. Odtąd mamy do czynienia z genialną, obracającą się w tanecznym kręgu kontaminacją – to jest pluralizmem pentekostalnym, w którym różnorodność nie stoi „w sprzeczności z trwaniem w jednej prawdzie objawionej przez Ducha” (W. Hryniewicz).

6. Ekumenizm jednak stanowi nie tylko odpowiedź na drzemiące w człowieku ukierunkowanie ku metafizyce i wspólnocie. To byłaby w pewnym sensie pragmatyczna może, ale zdecydowanie za słaba motywacja.

Tu jest coś więcej. Tu motywacją jest sam Jezus – Pan i Zbawiciel. On, najbardziej pozostający ekumenicznym, bo będącym, tak dla wierzących, jak niewierzących, dla wszystkich (W. Hryniewicz). On powiada: „Kto nie jest ze Mną, jest przeciwko Mnie; a kto nie zbiera ze Mną, rozprasza” (Łk 11, 23) i który w przededniu swojej zbawczej Męki – pozostawia swój testament – modli się o jedność swoich uczniów i wierzących wszystkich pokoleń: „Ojcze Święty, zachowaj ich [uczniów] w Twoim imieniu, które Mi dałeś, aby tak jak My stanowili jedno” (J 17, 11b); „Nie tylko za nimi proszę, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie; aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał” (J 17, 20-21).

7. Ekumenizm zatem to "imperatyw chrześcijańskiego sumienia" (Jan Paweł II). Jako taki, jako również egzemplifikacja, ukonkretnienie, krystalizacja chrześcijańskiej miłości (A. Nossol); jest on podstawą wiarygodności wyznawców Chrystusa w świecie. Gdyż wiarygodna jest tylko miłość (U. von Balthasar), dlatego przygarniajmy się nawzajem, bo i Chrystus przygarnął nas – ku chwale Boga (por. Rz 15, 7)!

Al. Łukasz Libowski

Obraz: Proponowana ilustracja: H. Matisse, Taniec (1910).
Pozostałe tematy
Aktualności

Duchowość i mistyka wg ks. Krzysztofa Grzywocza

Wydawnictwo MANHU z Zabrza proponuje dwa audiobooki z konferencjami ks. Krzysztofa Grzywocza, które wygłosił na WT Uniwersytecie Opolskim w semestrze poprzedzającym jego zagniecie (wiosna 2017). Polecam rec. zob. warto_przeczytac/240

więcej

Śląskie winszowania na Adwent i Boże Narodzenie

Na czas Adwentu i Najpiękniejszych Świąt proponujemy tym razem spojrzenie "po naszymu, czyli po Śląsku" – "Śląskie winszowanie..." – poezja w gwarze śląskiej w propozycji Jana Kaintocha z Pszowa. Wybór i komentarz p. Krystyny; zob. Biblia kod kulturowy

więcej
zobacz wszystkie

Liczba wizyt: 3048715

Tweety na temat @Ssb24pl Menu
Menu